Wyszukiwarka samorządów:
Siedzą
i stemplują. Siedzą i stemplują. Siedzą i stemplują. Wszędzie - w
mieście i na wsi - słychać uderzenia pieczęci. Mechaniczne i głośne.
Jak w scenie z filmu "Zezowate szczęście" Andrzeja Munka. Obok warczy
ksero, dalej pani Jadzia zakleja listy (ze znaczkiem za 5 zł w sprawie
podatku w wysokości 1,20 zł). A na końcu korytarza, za barierką albo za
drzwiami, biją serca zalęknionych petentów. To polskie Urzędowo, do
którego kiedyś nieopatrznie wrócił mistrz Wańkowicz. Zdziwiłby się,
gdyby wpadł do nas z zaświatów. Bo nic się nie zmieniło. Nadal żyjemy w
republice urzędasów, którzy nam kradną to, co najcenniejsze: czas i
nerwy. Oni zawsze mówią, że się nie da, że jeszcze jeden druk i jeszcze
jeden podpis, i jeszcze jedna parafka. Bez tego ani rusz, ani łopaty
wbić, ani dołka wykopać. Kto za to odpowiada? My wszyscy, bo nie
walczymy z królestwem urzędniczego szatana - tylko pokornie prosimy,
czy by się jakoś nie dało... A przecież się, k..., nie da!
Tą pełną jadu opowieścią o mentalności polskich urzędników uraczył
nas ostatnio redakcyjny kolega Marek Rybarczyk. Nie mógł przez nich
tego lata korzystać z toalety na działce. Rurę na ścieki załatwiał
przez pięć miesięcy, choć sprawa była, jak twierdzi, prosta jak kij od
szczotki. Kiwaliśmy głowami ze zrozumieniem, bo każdy zna takie
historie z autopsji. Wywóz śmieci, powiększenie werandy w domu czy
próba rejestracji samochodu przywiezionego z zagranicy wymagają kilku
wizyt w urzędzie, bo wciąż brakuje jakiegoś świstka. Czujemy się
bezradni, upokorzeni, wściekli. I mamy ochotę wystrzelać ich
wszystkich: nieudaczników, głąbów, bezmyślnych urzędasów, którymi - jak
pisał w "Newsweeku" Tomasz Jastrun - "obsrana jest cała Polska". Cały
nasz kraj - grzmiał - potrzebuje wielkiego odrobaczania urzędów. Nie
wystarczą działania naczelnego deratyzatora Rzeczypospolitej, posła
Janusza Palikota, przewodniczącego komisji sejmowej Przyjazne Państwo.
Potrzeba całej armii Palikotów.
Tylko że nawet poseł Palikot wydaje się dezerterować. Jeszcze ponad pół
roku temu pełen werwy i zapału deklarował, że zadanie zlikwidowania
urzędniczych absurdów i ograniczenia urzędniczej hegemonii traktuje
bardzo osobiście. Jako biznesmen swoje przeszedł. Wielomiesięczne
kontrole, wypełnianie setek formularzy, walenie głową w mur
protekcjonalizmu i prawnego nonsensu. Zamierzał ten mur rozwalić za
pomocą wszelkich możliwych środków, jakie zapewnia mandat komisji.
"Czas na rewolucję zdrowego rozsądku!" - zapowiadał w licznych
wywiadach. I dodawał, że zapał, jaki towarzyszy mu przy naprawianiu
kulejącego systemu, można porównać tylko do tego, jaki czuł na
koncercie Republiki w 1980 roku. Niespodziewanie w ostatnim tygodniu
publicznie ogłosił, że "nie chce być kwiatkiem do kożucha" - jeśli
żaden z 80 przygotowanych projektów ustaw nie wejdzie w życie,
zrezygnuje z przewodniczenia komisji. I wygląda na to, że nie są to
tylko puste słowa.
Bo coś rzeczywiście w pośle Palikocie pękło, coś się skończyło. Na
pytanie "Newsweeka", czy czuje na plecach oddech tych wszystkich
urzędników, którym - jeśli wygra - ziemia usunie się spod nóg, bo
stracą rację bytu, tylko się smutno uśmiechnął. Potem popatrzył gdzieś
przed siebie, zakręcił młynka palcami i nieoczekiwanie wyznał: - Oni
już doskonale wiedzą, że ja nie wygram.
Zanim jednak padła ta pesymistyczna deklaracja, usłyszeliśmy
historię, od której włos się jeżył na głowie. Działo się to na początku
lat 90. w Starym Sączu. Kontrola skarbowa prześwietlała jedną z firm,
której szef wpłacił jakąś kwotę na remont miejscowego kościoła. Ksiądz
napisał mu kwit, że bardzo dziękuje za tę darowiznę i w związku z tym
wspaniałomyślnym gestem modli się za niego do Pana Boga. Urzędnik
skarbowy, który trafił na tę "darowiznę" wyrażoną na piśmie, uznał to
za wzajemne świadczenie usług, które trzeba opodatkować. Tylko jak
opodatkować modlitwę? - Tutaj właśnie mamy - powiedział Palikot,
używając terminologii filozoficznej - przypadek paradygmatyczny, czyli
modelowy, urzędnika. Wszystko jak na dłoni: głupota, niekompetencja, a
zarazem upojenie władzą.
Żeby to sprawdzić, postanowiliśmy odtworzyć historię naturalną kasty,
która nas gnębi i poniża od wieków tak dotkliwie, że doczekała się
portretów kreślonych przez wielkich mistrzów: Dostojewskiego, Kafki,
Haszka, Gogola i Czechowa. A przy okazji spróbować także dotrzeć do
źródeł naszego nienaturalnego lęku przed wizytą w jakimkolwiek
urzędzie.
Na początek krótka definicja badanego obiektu: kim właściwie jest
urzędnik? W niedawno wydanej książce "Etos urzędnika" pod redakcją
Dariusza Bąka czytamy: "To osoba piastująca jakieś stanowisko w
urzędzie w szeroko pojmowanej administracji państwowej, samorządowej i
prywatnej". Co oznacza, że urzędnikiem jest zarówno pani ze skarbówki,
jak i prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Natomiast według polskiego
prawodawstwa w myśl art. 4 Ustawy o służbie cywilnej urzędnikiem może
być osoba, "która ma obywatelstwo polskie, nie była karana, jest zdrowa
i ma nieskazitelny charakter". Na czym ta nieskazitelność ma polegać?
Ustawa nie precyzuje. Precyzują za to sami urzędnicy. Ich zdaniem
oznacza to anielską wręcz cierpliwość dla wielu przywar petenta.
Nasza informatorka Ewa Majewska (nazwisko zmienione), szeregowa
urzędniczka w starostwie powiatowym, od razu zastrzega sobie
anonimowość. Po udzieleniu takiego wywiadu bez zgody przełożonych
dostałaby co najmniej naganę. O zgodę nie było sensu prosić, bo z
pewnością skończyłoby się odmową. Ale - jak twierdzi - to w pełni
zrozumiałe, zważywszy na to, co zamierza nam wyznać.
Jej zdaniem petent o urzędzie może głośno i publicznie wyrażać się
źle. Urzędnik musi przyjmować razy z pokorą, nadstawiać z uśmiechem oba
policzki albo przynajmniej w milczeniu znosić nieadekwatne do sytuacji
zachowania klientów. W żargonie urzędniczym tacy dzielą się na trzy
kategorie: mikołajów (to ci z kwiatkami, bombonierkami albo nie daj
Boże kopertą), galarety (to ci roztrzęsieni, którzy po przekroczeniu
drzwi skarbówki zapominają języka w gębie) i terminatorów (od nich
najczęściej można usłyszeć: czy wie pani, z kim ma do czynienia?!).
Trzeba zaznaczyć, że w żadnej z tych grup nie ma staruszków,
chorych ani niepełnosprawnych. Z nich urzędnicy starają się nie śmiać.
Tak przynajmniej utrzymuje nasza informatorka. Większość to obywatele w
przedziale wiekowym od 20 do 50 lat, na ogół zresztą całkiem nieźle
wykształceni. Co nie znaczy, że przysposobieni do życia w cywilizowanym
społeczeństwie.
- Dla mnie to był szok. Bo już po roku pracy zrozumiałam, że
większość petentów nie wie, co czyta w gazecie. Na ogół krzyczą na nas,
bo nie zrozumieli informacji podanej w telewizji, a to oznacza, że
niepotrzebnie stali w kolejce - żali się Majewska. - Niezależnie od
wykształcenia i statusu majątkowego nie rozróżniają dochodu netto i
brutto, nie znają podziału administracyjnego, a to znaczy, że mylą
urzędy, i naprawdę bardzo często nie potrafią wypełnić najprostszego
formularza. Większość w miejscu "podpis osoby składającej" zostawia na
przykład puste pole i prosi: "Niech pani podpisze". Niewiarygodne? -
opowiada Majewska.