Cicha okolica otoczona kawałkiem lasu, a do centrum Będzina zaledwie
kilka kilometrów. Nic dziwnego, że działkami przy ulicy Jasnej w
Sarnowie szybko zaczęli interesować się kupcy. Zachętą do ich nabycia
były też warunki przewidziane w planie zagospodarowania przestrzennego.
Plan przeznaczał tereny pod budownictwo mieszkaniowe i zapewniał
dojazdy do posesji niemalże z każdej strony.
Swój dom postawił tu w 1993 roku Stanisław Kidawa. Sielanka nie
trwała jednak długo. Wygasł stary plan zagospodarowania terenów i na
sąsiednich działkach zaczęły dziać się dziwne rzeczy. - Wykarczowano
cały las i zanim się spostrzegłem po obu stronach mojego domu stanęły
ogromne szklarnie - mówi Kidawa. Studnia głębinowa, z której ciągnął
wodę, też znalazła się w rękach właściciela szklarni. Zanim Kidawowie
zdecydowali się na przeprowadzkę do wynajmowanego w Mysłowicach
mieszkania przez trzy lata beczkowozami dowozili wodę do domu.
W 2001 roku dom przy posesji Kidawy zaczęła budować Maria
Żyłka-Włoszczyk. W nieduży, zgrabny budynek ze skośnym dachem włożyła
oszczędności życia. Ale nie zdążyła w nim zamieszkać. - Bo nie mogę już
jeździć po drodze, która prowadzi do mojej posesji - denerwuje się
kobieta. Po tym jak wygasł plan zagospodarowania przestrzennego kawałek
działki, który wcześniej był drogą kupił Tadeusz Mularski, właściciel
gospodarstwa ogrodniczego. I nie pozwala tędy jeździć. W ten sposób
posesje Kidawy, Żyłki-Włoszczyk i jeszcze kilku właścicieli tutejszych
gruntów zostały odcięte od świata. O taki stan rzeczy ludzie oskarżają
wójta Psar.
- Mógł nas chronić. Ale on cały czas idzie na rękę przedsiębiorcy.
Złamał prawo, bo zezwolił na działalność komercyjną na terenach pod
budownictwo mieszkaniowe. Co to za gospodarz? - załamuje ręce
Żyłka-Włoszczyk.
Skargi jej i Kidawy trafiły m.in. do radnych z Psar i kilkakrotnie
do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Katowicach, ale nie dały
rozstrzygnięcia sporu. Z pozwem o odszkodowanie poszli, więc do
katowickiego sądu okręgowego, a ten przyznał rację mieszkańcom. Wyrok
podtrzymał sąd apelacyjny i gmina musiała wypłacić odszkodowania. Maria
Żyłka-Włoszczyk dostała ok. 50 tys. zł. Tymczasem rzeczoznawca wycenił
jej dom na 270 tys.
- Ale co z tego, skoro z majątkami i tak nic nie da się zrobić.
Kto kupi dom w takiej okolicy i to bez dojazdu? - żali się Kidawa.
Dodaje, że złożył wniosek o ustanowienie drogi koniecznej, dzięki
której właściciele mogliby dostać się na swoje posesje. Gmina zwlekała
jednak z odpowiedzią, więc złożył do sądu skargę na przewlekłość
postępowania.
- Wójt przeciąga sprawy w nieskończoność, bo Mularski ma chrapkę
na nasz teren. Chce rozciągnąć gospodarstwo, a nas wykupić za psie
pieniądze - uważają mieszkańcy Sarnowa.
Mularski nie ukrywa, że rzeczywiście chce kupić sąsiednie działki.
- Ale właściciele nie chcą ich sprzedać. Zarzucają mi, że uprzykrzam im
życie, a przecież dostali odszkodowanie. To są złośliwi ludzie, którym
przeszkadza przejeżdżający traktor, huki i tak dalej. Zobojętniałem już
na ich narzekania - mówi Mularski. Zapewnia, że szklarnie z pomidorami
zostały postawione zgodnie z dokumentami, które wydali mu urzędnicy.
Janusz Majczak, zastępca wójta Psar, podkreśla, że pozwolenie na
budowę szklarni wydało będzińskie starostwo, a grunty sprzedawała
Agencja Nieruchomości Rolnych. - Właściciele działek m.in. pan Kidawa i
pani Żyłka-Włoszczyk nie składali zastrzeżeń odnośnie planowanych
inwestycji, nie wnieśli też odwołania od wydanej decyzji ustalającej
warunki zabudowy - przekonuje Majczak. Dodaje, że to nie gmina odcięła
mieszkańców od drogi, a gospodarstwo rolne ze specjalnością produkcji
pomidorów, nie zagraża życiu i zdrowiu okolicznych mieszkańców .